Czy chciałbym większą działkę i większy domek?

 Moja działka ma kilka arów, a domek kilkanaście metrów kwadratowych. Nie ma co narzekać - to moje miejsce życia. Lata temu właśnie takie miejsce wybrałem, mając ku temu swoje powody (tu link).


Te kilka arów to jednak niewiele, jeśli myśleć o większej swobodzie upraw. Gdybym miał kilkanaście arów ogrodu, mógłbym pozwolić sobie na zupełnie inny zakres produkcji. Chociażby ziemniaki w ilości wystarczającej na cały rok. Do tego rośliny oleiste i własny olej, a może nawet zboże na kaszę czy mąkę. W takim układzie można by już realnie myśleć o większej niezależności żywnościowej.

Czasem wyobrażam sobie takie układy i liczę, ile powierzchni potrzeba pod konkretne plony. Ale to są raczej luźne rozważania niż coś, co da się łatwo przełożyć na rzeczywistość. Nie wiem też, gdzie kończy się „więcej pracy przez większy areał”, a gdzie zaczyna „więcej pracy przez większą różnorodność upraw”. I czy w ogóle da się to prosto porównać.

Próbowałem to sobie nawet rozrysować w prostym układzie: 2 ary ziemniaków, 2 ary fasoli na suche ziarno, 2 ary zbóż, 2 ary rzepaku, 2 ary warzyw mieszanych, 2 ary sadu. Reszta na trawnik, zabudowania i przestrzeń do życia, czyli w sumie około 14 - 15 arów. I dopiero w takim układzie zaczyna się robić ciekawie.

Z tych 2 arów ziemniaków wychodziłoby mniej więcej 500 - 800 kg plonu rocznie - baza kaloryczna, która robi dużą część „roboty”. 2 ary fasoli to około 50 - 70 kg suchego ziarna, czyli już konkretne białko roślinne. 2 ary zbóż dają mniej więcej 60 - 100 kg ziarna, bardziej uzupełniająco niż jako fundament. A 2 ary rzepaku to zupełnie inna skala - nawet kilkaset litrów oleju rocznie, czyli bardzo skoncentrowane źródło energii. Do tego dochodzi 2 ary warzyw, które dają kilka set kilogramów świeżej żywności w sezonie, oraz mały sad, który z czasem mógłby dorzucać kolejne skrzynki owoców.

Patrząc na to całościowo, taki układ nie jest już tylko „ogrodem”. To raczej mały system żywnościowy dla jednej osoby. Ziemniaki i olej robią fundament kaloryczny, fasola domyka temat białka, zboże jest uzupełnieniem, a reszta daje świeżość i różnorodność.

Oczywiście to wszystko zakłada pewne uproszczenie - idealne plony, brak większych strat, dobrą pogodę i sprawną organizację. W praktyce zawsze coś „ucieknie”. Ale nawet przy korektach w dół nadal widać, że taki układ byłby czymś więcej niż tylko działką rekreacyjną.

Jednocześnie taki obraz ma drugą stronę, o której łatwo zapomnieć przy samym liczeniu plonów. Większa powierzchnia to nie tylko większe zbiory, ale też więcej pracy. Więcej siewu, pielęgnacji, walki z chwastami, zbiorów i późniejszego przetwarzania oraz przechowywania. Mam też podejrzenie, że w takim układzie spędzałbym w ogrodzie znacznie więcej czasu niż obecnie  - nie tylko „trochę więcej”, ale być może na tyle dużo, że zmieniłby się rytm całego dnia i sezonu. To już nie byłoby miejsce do spokojnego dłubania przy okazji, tylko realne, stałe zajęcie.

Brakuje mi też zwykłej piwniczki. Choć jeszcze nie czuję jej realnej potrzeby, to wiem, że przy większych zbiorach ziemniaków trzeba będzie coś wymyślić. Pewnie skończy się na zakopanej beczce jako prostej ziemiance.

I tu wracam do punktu wyjścia.

Bo większy ogród jawi się trochę jak opowieść o niezależności - o miejscu, gdzie własne plony zaczynają realnie zastępować sklep. Nie w pełni, nie idealnie, ale w zauważalnym stopniu.

To, co mam teraz, jest od tego dalekie. Ale jednocześnie to wciąż działa i wciąż ma sens. Nie mam złudzeń, że przy obecnej powierzchni mógłbym się całkowicie uniezależnić od sklepu i pewnie nawet przy większej działce i tak nie byłoby to pełne. Zawsze zostają rzeczy, które trzeba kupić: tłuszcze w większej skali, część produktów zbożowych, przyprawy, kawa, sól i cała reszta „zaplecza”.

Ale nawet ten mały ogród, który mam teraz, robi coś ważniejszego niż tylko produkcja kalorii. Daje własne warzywa, owoce, zioła i przetwory. Daje smak, którego nie da się kupić w sklepie w tej samej formie, bo wynika z miejsca, sezonu i konkretnego roku. Z czasem dochodzą też słoiki, zapasy, suszone rzeczy, rzeczy zamknięte na zimę i nagle okazuje się, że część roku można przejść na własnych zasobach, przynajmniej w zakresie codziennego jedzenia.

I to już samo w sobie daje pewien rodzaj niezależności. Nie pełnej, nie idealnej, ale zauważalnej. Bo nawet jeśli sklep nadal jest potrzebny, to nie jest już jedynym źródłem jedzenia, tylko raczej uzupełnieniem tego, co powstaje na własnym kawałku ziemi.

Czy więc chciałbym większą działkę i większy domek? I tak, i nie.

Tak, bo możliwość wyprodukowania większej części własnej żywności brzmi kusząco. Ciekawie byłoby sprawdzić, jak daleko można posunąć taką ogrodową samowystarczalność. Mieć więcej miejsca na uprawy, większy sad, własną piwniczkę i przestrzeń na realizację kolejnych pomysłów.

Ale z drugiej strony większa działka to również więcej pracy, więcej obowiązków i mniej czasu na zwykłe korzystanie z tego miejsca. Nie wiem, czy przy takim areale nie spędzałbym większości dnia na pracy w ogrodzie. Być może część tej wymarzonej niezależności okazałaby się po prostu kolejnym etatem.

Gdybym jednak dziś dostał możliwość zamiany obecnej działki na większy areał, prawdopodobnie poważnie bym się nad tym zastanowił, a być może nawet zdecydował. Takie miejsce dawałoby możliwości, których obecnie po prostu nie mam.

Problem w tym, że są to rozważania czysto teoretyczne. Nie szukam większej działki, nie planuję przeprowadzki i nie mam realnej możliwości takiej zamiany. Dlatego pozostaje mi od czasu do czasu rysować w zeszycie kolejne wersje wymarzonego ogrodu i zastanawiać się, co by było gdyby.

A potem wrócić do tego, co mam obecnie. Bo choć jest skromniej, niż w tych wyobrażeniach, to nadal jest to moje miejsce. Miejsce, które daje własne warzywa, owoce, zioła i przetwory. Miejsce, dzięki któremu sklep jest dla mnie uzupełnieniem, a nie jedynym źródłem jedzenia. I może właśnie dlatego tak lubię czasem snuć te ogrodowe marzenia - bo wyrastają z czegoś, co już istnieje, a nie z czegoś, czego dopiero szukam.

Nie jest tak, że jestem niezadowolony z obecnych warunków. Jestem z nich zadowolony. To po prostu jedno z tych wyobrażeń, które czasem wracają. 



KLIKNIJ TUTAJ ABY WRÓCIĆ DO STRONY GŁÓWNEJ BLOGA 


Komentarze